Najnowsze wpisy

sobota, marca 25, 2017

Kosmetyki naturalne DIY

Czasami pytacie jak zacząć robić swoje kosmetyki. Nie wiecie co kupić na początek, jak widzicie jakieś przepisy w internecie to w zasadzie nie umiecie się odnaleźć. Oto idealna książka na sam początek.
Proste i nieskomplikowane przepisy z niewielkiej ilości składników. Czasami wszystko co potrzebne do zrobienia kosmetyku macie w dom.
Spora ilość przepisów opiera się na proporcjach więc nie będziecie potrzebować nawet wagi.
Nie ma w niej co prawda większego zagłębiania się w składniki. Pokrótce opisane zostały podstawowe i najczęściej używane oleje, olejki, masła czy zioła. Na początek moim zdaniem wystarczy. Jeżeli wciągniecie się w robienie własnych kosmetyków sami będziecie poszukiwać informacji o składnikach.
No i na koniec samo opracowanie graficzne. Piękna szata graficzna i piękne zdjęcia, aż chce się robić samemu.

Autor: Lena Sokolovska, Jovita Vyšniauskienė, Miglė Tylaitė
Wydawnictwo: Vivante

Książkę możecie nabyć TUTAJ

 Książkę do recenzji dostarczyło 
http://www.nieprzeczytane.pl/

piątek, marca 24, 2017

Creamy czyli kosmetyki, które sama zaprojektujesz

Ile razy zdarzyło się Wam, że chciałyście coś zmienić w kremie, że jedne składnik Wam nie pasował, że gdyby nie on byłoby super? Ba, koleżanka poleciłam Wam krem, ma super konsystencję, użytkowanie itp... ale nie spełnia wszystkich Waszych oczekiwań, bo nie jest do końca stworzony pod Wasze potrzeby.  Ile razy chciałyście same zrobić sobie krem, ale ... no właśnie to kupowanie składników, do dobieranie składników, to mieszanie różnych faz itp... najzwyczajniej w świecie Was przerażało.
Teraz możecie zaprojektować własny kosmetyk z świetnych naturalnych surowców. Same zdecydować co znajdzie się kremie, co będzie jego bazą, a co składnikami aktywnymi, ba macie możliwość wyboru zapachu Waszego kremu. Takie coś oferuje marka Creamy.

Kiedy do mnie napisali nie miałam specjalnych wymagań. Chciałam w zasadzie tylko olej moringa bo nigdy wcześniej nie miałam z nim do czynienia. Mieszam go z maseczkami do włosów, z maskami do twarzy, dodaję kroplami do kremów itp... ale przede wszystkim bawię się w tworzenie własnych perfum olejowych.  Jest świetny.  Bardzo podbija nawilżanie kremów, wspomaga gojenie i powiedziałabym, że lekko rozświetla cerę.
Ten olej to moja najnowsza wielka miłość.

Po drugie tonik nawilżający z białych kwiatów. Delikatny tonik, dobrze nawilżający, świetnie się u mnie sprawdził. Robił dokładnie to co tonik ma robić.

Po trzecie lekki balsam do ciała kokos-sezam. Balsam którego się trochę obawiałam. Nie przepadam za zapachem kokosu, nie lubię się specjalnie z olejem kokosowy, ale ten balsam jest świetny. Nie czuć praktycznie kokosu - co dla mnie istotne jest wielce. Poza tym balsam bardzo wygładza skórę, sprawia że jest bardzo miękka i elastyczna i bardzo przyjemna w dotyku. Tym właśnie działaniem bardzo przypomina mi silikony w bazach do makijażu. Do tego wszystkiego bardzo szybko się wchłania i nie pozostawia tłustej warstwy na skórze.

Na koniec balsam do ust moringa. Bardzo natłuszczający, a przy tym lekki kosmetyk do ust. Po posmarowaniu wieczorem, rano nadal czuć tą przyjemną miękkość i natłuszczenie. Ten balsam bardzo pomógł mi kiedy przez katar miałam spierzchniętą górną wargę.

Nie podlinkuję Wam tych "moich" kosmetyków, ponieważ nie widzę ich w ofercie sklepu. Przypuszczam jednak, że kiedy napiszecie do nich maila zaradzą temu :).

Może też sami skusicie się na skomponowanie własnego kosmetyku. Strona Creamy jest TUTAJ.

czwartek, marca 23, 2017

Dzieci Korzeni

Nie wiedzieć czemu ta książka kojarzy mi się z wiosną, a tak już za nią tęsknię. Już chciałabym, żeby przyszła, żeby była, żeby można się było nacieszyć.
Tymczasem to podróż przez kolejne pory roku. Podróż piękna, klasyczna, secesyjna. Wierszowanka z dawnych lat, już tak się nie pisze. Szkoda czasami.
Nie wiem co bardziej urzeka ilustracje, czy tekst. Hm... chyba jedno i drugie, gdyby nie tekst nie było by ilustracji, gdyby nie ilustracje nie było by czaru, a jest.
Klasyka. Klasyka, którą powinno znać karze dziecko

Autor: Olfers Sibylle
Wydawnictwo: Przygotowalnia


Książkę możecie kupić TUTAJ


 Książkę do recenzji dostarczyło 
http://www.nieprzeczytane.pl/

środa, marca 22, 2017

Latopic doustny - jak to u nas wyglądało

Po poście o tym jak radzę sobie z suchymi plackami na nogach Rycerza o TUTAJ.  Wiele z Was pytało o co chodzi z Latiopic itp...

Mam nadzieje, że w miarę logicznie wyjaśnię dlaczego sięgnęłam po Latopic i jak to wygląda u nas.

Po środki doustne sięgnęłam głównie dlatego, że nie jestem w stanie zapanować nad dietą Rycerza w stu procentach kiedy chodzi do przedszkola. Na przykład, o czym już kiedyś pisałam, nie podawałam i nie podaję Rycerzowi żadnych grzybów. Kiedy poszedł do przedszkola zaserwowano mu w zasadzie pierwszego dnia zupę pieczarkową. Efekt? Wymioty przez pół nocy. I za każdym razem kiedy Rycerz był pasiony w przedszkolu pieczarkami spędzaliśmy noce nad miską. Uprzedzając, tak prosiłam o niepodawanie mojemu dziecku takich dań. Tak, kiwano głową potakująco, tak Rycerz wciąż jest namawiamy do jedzenia dań z pieczarkami.

Na szczęście od kiedy weszła ustawa o zdrowym jedzeniu mamy dużo mniejszy kłopot - nie serwują na przykład chleba z nutellą na podwieczorek itp... Po drugie poza truskawkami, które raz dają odczyn alergiczny, a innym razem nie, nie mam kolejnego silnego pewniaka na bycie alergenem.

Kiedy, mimo usilnych prób złagodzenia objawów naszymi kosmetykami po tygodniu nie było poprawy, postanowiłam włączyć probiotyk. Ponieważ używaliśmy już parokrotnie kosmetyków Latopic  i działały, siłą rzeczy sięgnęłam po ich probiotyk.

Skład: maltodektryna, składnik kapsułki – żelatynę, 1 miliard liofilizowanych bakterii kwasu mlekowego w następujących proporcjach: 50% Lactobacillus casei ŁOCK 0919, 25% Lactobacillus rhamnosus ŁOCK 0908, 25% Lactobacillus rhamnosus ŁOCK 0900, barwnik kapsułki – dwutlenek tytanu, kwas askorbinowy - przeciwutleniacz.

O tym co pisze producent przeczytacie TUTAJ nie ma potrzeby tego kopiować

Jak to wyglądało u nas.

Po raz pierwszy. Było to późną wiosną zeszłego roku. Dziadkowie zaserwowali młodemu jego ukochane truskawki.

Na Rycerskich nogach, przy silniejszej reakcji i na pupie i częściowo na brzuchu pojawiały się suche placki, które drapał jak szalony. Po tygodniu prób złagodzenia efektu alergii nie było efektu - podałam mu pierwszy raz Latopic. Wiadomo, że nie spodziewałam się poprawy od razu. Pierwsze efekty pojawiły się po tygodniu. Młody nie drapał się już całą dobę. Po dwóch tygodniach świąd ustał. W trzecim tygodniu suche miejsca zaczęły znikać. Oczywiście poza stosowanie Latopicu doustnie stosowałam całą pielęgnację opisaną w poście podlinkowanym wyżej. Kiedy skończyło mi się opakowanie nie kupiłam kolejnego.

Po około miesiącu ponownie pojawiły się suche placki na szczęście bez swędzenia. Tym razem udało mi się poradzić sobie z uczuleniem szybko i bezboleśnie. Przyszło lato i co jakiś czas alergia się pojawiała i znikała. Na szczęście nie była bardzo zaostrzona i radziliśmy sobie tylko kosmetykami.

Niestety zaczęło się przedszkole. I we wrześniu zaczęła się jazda.

Pojawiły się placki na nogach, pośladkach i brzuchu. Młody drapał się do krwi. Poleciałam po Latopic. Tym razem poprawa nie nastąpiła tak szybko jak za pierwszym razem. Na szczęście po miesiącu było już w miarę ok. Pociągnęłam kurację jak Pan Bóg przykazał czyli minimum trzy miesiące. Zmiany całkowicie wyleczyliśmy, od grudnia do dzisiaj (odpukać w niemalowane) nie pojawiły się najmniejsze zmiany  i mam nadzieje, że tak zostanie na długo. Gdyby nie no to ponowimy kurację.


Tak to w w skrócie i praktyce wyglądało u nas.

wtorek, marca 21, 2017

Antyoksydanty vol.2 - moje antyoksydanty

Poszłam do łazienki obejrzeć co też mam na stanie za antyoksydanty, żeby móc Wam pokazać, że w zasadzie to jeden z podstawowych składników w moich kosmetykach. W zasadzie mogłabym napisać, że w każdym produkcie jakiego używam znalazłabym składnik będący antyoksydantem. Nie o to jednak mi chodzi. Chcę Wam pokazać coś co przede wszystkim pełni rolę antyoksydantów.
1.  Woda termalna Uriage - chyba już Wam się nią ulewa :) . Jednak prawda jest taka, że towarzyszy mi ona od kilku lat. Jedna z nielicznych o ile nie jedyna woda której nie trzeba ścierać po użyciu. Dostarcza biopierwiastków. Służy za tonik, nawilżacz do masek, odświeżającą mgiełkę itp ... Jest to ten kosmetyk, którego nie zmieniam od lat.

2. Łagodzący tonik antyoksydacyjny Clochee. Jestem w trakcie testów na razie jest bardzo dobrze i obiecująco. Pokazuję go Wam głównie dlatego, żeby pokazać, że są toniki z antyoksydantami. Jeszcze nie polecam, ani nie odradzam.
3. Maski algowe. Maski możecie kupić gotowe jak te z Nacomi, poza algami zawierają i inne podkręcające ich właściwości składniki. Są o tyle przyjemne w użytkowaniu, że zastygają i ściągacie cały płat z twarzy. No można się poczuć jak w gabinecie kosmetycznym. Świetnie działają, zwłaszcza z użyciem aktywatora do takich masek. Jeżeli nie macie pomysłu jak samodzielnie zrobić maskę algową to jest to świetne rozwiązanie dla Was.
Możecie też kupić algi w proszku jak widzicie ja mam na stanie spirulinę. Zrobić z nich zieloną, śmierdzącą paciaję dodając na przykład jogurtu naturalnego, którą nakładacie na twarz i możecie straszyć dzieci :).
Maski algowe zawsze dobrze działają. Nie są jednak wskazane w ciąży!!
4. Mincer Pharma Vita C Infusion, serum olejowe. Witamina C jest silnym antyoksydantem i generalnie robi dobrze skórze. To serum kupiłam już jakiś czas temu, na promocji w Rossmannie. Z myślą o lecie. Długo nie mogłam zacząć go stosować, bo cięgle wykańczałam inne kosmetyki. Jak dla mnie to serum jest trochę dziwne. Od pierwszego użycia deje efekt mega gładkiej skóry i to mnie trochę niepokoi, bo czuję się jak po użyciu silikonów. Zazwyczaj przy takim efekcie czy to kosmetyk naturalny czy nie, moja cera zaczyna się buntować i pojawiają się wypryski. Tym razem nie. Kupiłam w promocji, w regularnej cenie bym nie kupiła.

5. Biofficyna Toscania Serum Antyoksydacyjne - pisałam Wam o nim TUTAJ pod kremy na dzień, do mieszania z olejami itp...

6. Lush Botanicals  Serum Antyoksydacyjne, Cream in the City - mój obecnie ukochany krem na dzień, choć pisze serum. Fantastyczny skład jak to w Lush Botanicals. Z użytkowaniem miałam pewien problem były dni kiedy krem wchłaniał się ok, a były dni kiedy zostawiał na skórze taką "mączną" warstwę. Warstwa niewidoczna dla oka, jedynie odczuwalna. Długo nie mogłam dojść o co chodzi. Już wiem! Jeżeli spotkał by Was podobny problem, przed nałożeniem kremu wyciągnijcie go przynajmniej na 15 minut przed nałożeniem z lodówki, albo porządnie rozgrzejcie między palcami. Poza ty, krem jest absolutnie świetny. Bardzo dobrze współpracuje z serum z biofficyny, z mineralnym makijażem, ba z filtrem przeciwsłonecznym. Krem bardzo dobrze nawilża, skóra staje się gładka, miękka i taka jakby świetlista. W zasadzie to najlepiej na przykładzie tego kremu widać przewagę kosmetyków robionych ręcznie nad tymi drogeryjnymi czy po prostu produkowanymi seryjnie. Na efekty działania tego kremu nie trzeba było długo czekać.
Serum możecie kupić na stronie producenta czyli TUTAJ

poniedziałek, marca 20, 2017

Ściera co wszystko ściera

Rzadko pokazuję Wam rzeczy do sprzątania czy porządkowania. Środki czystości też goszczą od wielkiego dzwonu. Nie żeby to były rzeczy na które nie zwracam uwagi, po prostu rzadko coś mnie z nich zachwyca. Staram się używać łagodnych, ekologicznych rzeczy do sprzątania, ale nie ma co ukrywać, nic tak dobrze nie doczyszcza ubikacji jak płyn z chlorem.
Patent na mycie kabin prysznicowych z osadu z kamienia już Wam dawno sprzedałam o TUTAJ i jak widzicie też ekologiczny nie jest.
Dziś jednak o mega ekologiczny sposobie na lustra, szyby, meble lakierowane, blaty, monitory itp... W zasadzie na każdą powierzchnię, ale największy efekt łał odczujecie na szybach. Ale to będzie ŁAŁ, a nie zwykłe łał.

O ścierce napisała mi czytelniczka Anta, że ona, że jej mama, że w zasadzie wszystkie jej znajome jak tylko spróbują od razu się uzależniają. Co było robić trzeba było spróbować.

Przy używaniu tego cuda nie stosuje się żadnych detergentów. Sucha ścierka przypomina twardą irchę,   mięknie pod wpływem wody. Moczycie więc ją i ścieracie co macie zetrzeć. Nie wycieracie do sucha tylko pozwalacie wyschnąć samemu. Efekt. Podczas jednej drzemki młodej umyłam wszystkie okna - poza tymi z pokoju w którym młoda spała. Potrzebowałam tylko detergentu do wymycia ram, a szyby poleciałam wodą.
Po pierwszym oknie, kiedy okazało się, że niczego nie muszę pucować, bo samo wysycha i nie ma żadnych smug poleciałam po całości.
To samo robię z meblami w kuchni i zapominam, o tym, ze dzieciaki zaraz mi wyciapią mój wymarzony wysoki połysk.

Ściera jest świetna i nie dziwię się wcale, że uzależnia.  Cena ? Kto zgadnie? No cóż cena to szalone 3,50zł za ścierkę rozmiarów 40x40 do kupienia TUTAJ

niedziela, marca 19, 2017

Sroka testuje: Pure Beginnings Organic Baby, Pasta do Zębów bez fluoru z Ksylitolem o smaku Dojrzałych Malin


Producent pisze:

Pasta do zębów bez fluoru, na bazie ksylitolu, o smaku malinowym. Dzięki zawartości ksylitolu, naturalnego cukru brzozowego produkt przeciwdziała próchnicy zębów u dzieci. Zwykły cukier, rozkładając się już w jamie ustnej tworzy kwaśne środowisko, które może uszkadzać delikatne szkliwo mlecznych ząbków, ksylitol ma odczyn zasadowy. Dzięki temu tworzy w jamie ustnej odpowiednie pH i szkliwo zębów jest chronione. Przeciwdziała również rozwojowi groźnych bakterii w jamie ustnej. Dodatkowo pasta nie zawiera fluoru, dzięki czemu jest bezpieczna dla dzieci. Jej połkniecie nie powoduje podrażnienia układu pokarmowego. Delikatna i pachnąca malina zachęci dziecko do codziennego szczotkowania ząbków.

Skład:

Glycerin, Water (Aqua), Calcium Carbonate, Xylitol, Titanium Dioxide, Kaolin, Hydroxyethylcellulose, Sodium Lauroyl Sarcosinate, Adansonia Digitata (Baobab) Fruit Extract, Rosmarinus Officinalis (Rosemary) Distillate*, Eupatorium Rebaudianum Bertoni (Stevia) Leaf Extract, Pelargonium Graveolens (Rose Geranium) Distillate*, Potassium Sorbate, Maltodextrin, Guar Gum, Lavandula Angustifolia (Lavender) Distillate*, Natural Raspberry Flavour

Jest Ok :)

Użytkowanie:
Biała pasta w wyglądzie i strukturze przypominająca "dorosłe" pasty. Bardzo przyjemna w smaku choć w moim odczuciu cit za słodka. Całkiem nieźle się pieni.
Dzieci me, zwłaszcza młodsze wydają się być uzależnieni od tej pasty.  Młoda wieczorem domaga się sama mycia zębów. Staje przy kubeczku ze szczoteczkami i pomrukując pokazuje palcem na szczoteczki.Szczoteczka nie może być pusta, musi mieć właśnie ową pastę do zębów na sobie inaczej bunt na pokładzie. Rycerz zaś stwierdził, że to jest pasta o bardzo fajnym smaku, chyba jednym z lepszych - jak to określił.

Ocena:

5 na 5



Pastę możecie kupić TUTAJ

piątek, marca 17, 2017

Świetny, naturalny płyn micelarny i ...

Bardzo, bardzo i jeszcze raz bardzo długo szukałam naturalnego płynu micelarnego, który dorównywałby działaniem mojemu ulubionemu nienaturalnemu z Mixa. Sporo już przetestowałam takich zmywaków i albo nie radziły sobie z tuszem, albo nie radziły sobie z niczym, albo nie radziły sobie z minerałami, albo problemem było zmycie choć częściowe filtrów nawet tych bez silikonów w składzie. Aaaa no i jeszcze były takie co pozostawiały mega lepką i nieprzyjemną warstwę na twarzy, albo paliły w oczy.
W końcu trafiłam. Nie spodziewałam się wiele po wcześniejszych doświadczeniach.  Ba, pierwsze nasze spotkanie okazało się katastrofą, wszak nie doczytałam instrukcji obsługi.
Za drugim podejściem, już nieco wkurzona i zrezygnowana doczytałam co pisze producent i oto stał się cud. Mam micel jakiego potrzebowałam.

Nawilżający płyn micelarny Red berry 


Skład:

Aqua [Water], Centaurea cyanus flower water*, Sodium cottonseedamphoacetate, Sodium olivamphoacetate, Sodium sunflowerseedamphoacetate, Sodium sweetalmondamphoacetate, Cocamidopropyl hydroxysultaine, Morus nigra fruit extract*, Vaccinium myrtillus (Myrtle) fruit extract*, Ribes nigrum (Black currant) fruit extract*, Ribes uva-crispa fruit extract*, Mentha piperita (Peppermint) extract*, Betaine, Panthenol, Glycerin, Parfum [Fragrance], Sodium benzoate, Sodium dehydroacetate, Lactic acid, Sodium chloride.

Skład bardzo fajny.
Poza tym.
To w zasadzie jest koncentrat, a nie płyn do natychmiastowego użycia. Płatek kosmetyczny trzeba bardzo porządnie nawilżyć, a potem dodać ten płyn w ilości niewielkiej. Ja go jeszcze rozcieram na płatku, żeby lekko się spienił.
Zmywa wszystko, nawet cięższe filtry czy dość oporne tusze. Nie wiem czy z wodoodpornymi też daje radę, nie mam takich tuszy na stanie, żeby móc to sprawdzić. Nie trzeba go zmywać, więc jak mi się już nic nie chce więcej robić wieczorem to nakładam tylko krem i idę spać.

Płyn możecie kupić TUTAJ


Antyoksydacyjne serum do twarzy 


Skład:

Aqua [Water], Glycerin, Propanediol, Hydrolyzed grape fruit *, Hydrolyzed olive fruit *, Sodium hyaluronate, Ribes nigrum (Black currant) fruit extract *, Rubus idaeus (Raspberry) fruit extract *, Vaccinium myrtillus fruit/leaf extract *, Vitis vinifera (Grape) leaf extract *, Bisabolol, Tocopherol, Xanthan gum, Betaine, Coco-glucoside, Decyl glucoside, Benzyl alcohol, Glyceryl oleate, Benzoic acid, Dicaprylyl ether, Parfum [Fragrance], Dehydroacetic acid, Sodium hydroxide, Hexyl cinnamal, Hydroxyisohexyl 3-cyclohexene carboxaldehyde, Hydroxycitronellal, Citronellol.


Potrzebowałam "wodnego" serum do twarzy. Czegoś co mogłabym wymieszać z olejem i nałożyć sobie na noc, albo na dzień kiedy nie wychodzę z domu, albo nałożyć pod tłusty filtr. Tak oto trafiłam na to serum. Bardzo lekkie, prawie żelowe. Kiedy wchłonie się w całości czuć lekką powłoczkę na skórze, dlatego koniecznie jest nałożenie kremu. Świetnie miesza się z olejami. Nie daje ciężkiego "wykończenia" dlatego jest idealny pod każdy krem. Świetny skład i świetne działanie.

Serum możecie kupić TUTAJ

czwartek, marca 16, 2017

Kto się kryje ...


Dwie książki pop-up dla najmłodszych. W końcu coś innego, nowego i świeżego dla najmłodszych. Nie karotnówka, nie kontrastówka, nie montessori, a pop-up. Coś, czego jeszcze nie było.
Krótki wierszyk okraszony "wystającymi" obrazkami. Zresztą zobaczcie sami.





Kto się kryje w lesie
Kto się kryje w wodzie
Autor: Eryl Norris , Andy Mansfield
Wydawnictwo: Mamania

Kto się kryje w lesie możecie kupić TUTAJ
Kto się kryje w wodzie możecie kupić TUTAJ

 Książkę do recenzji dostarczyło 
http://www.nieprzeczytane.pl/

środa, marca 15, 2017

Multi-Mam Balsam w zastępstwie lanoliny

Pisałam Wam o kompresach Multi-Mam o TUTAJ i pomyślałam, że może warto by i napisać o balsamie. Wiele osób piszących o tym, że stosowało kompresy, pisało również że potem stosowało ten oto balsam.
Moim zdaniem jest to niezłe zastępstwo lanoliny, która nie każdemu przypada do gustu.

Balsam ów ma raczej konsystencję maści, która pod wpływem ciepła naszej skóry zaczyna się "rozpływać". Jest bezzapachowy, bezbarwny i bez smaku. Bezbarwność ma taki plus, że nie ubrudzimy bielizny jedynie utłuścimy ;). Nie jest również lepki.

Test przebiegał trochę inaczej niż zazwyczaj. Balsam, a raczej jego cześć przekazałam koleżance drugą część zostawiłam sobie.

Składniki: olej słonecznikowy, masło shea, PEG-8 Beeswax, skwalen, policynooleinian poliglicerolu-3, galusan propylu

Użytkowanie
Podobnie jak w przypadku lanoliny, nabieramy niewielka ilość balsamu na palce, lekko go rozgrzewamy, a następnie wmasowujemy w sutki.
Skóra jest bardzo natłuszczona, mało co spływa i nie czuć lepkości. Na skórze pozostaje delikatna warstwa, która jeżeli balsam położymy grubą warstwą po karmieniu potrafi przetrwać do kolejnego.
Generalnie koleżanka jest bardzo zadowolona. Tym bardziej, że skończyły się jej problemy z dopieraniem bielizny z żółtych plam po lanolinie.

Napisałam Wam, że sobie zostawiłam połowę tego balsamu. Po co mi on skoro nie karmię? Cóż, dopadła mnie egzema. Nie na rękach jak to ma w zwyczaju, tym razem postanowiła zamieszkać na górnej powiece lewego oka. Jest pieczenie, opuchlizna i te sprawy. Przy oku, zwłaszcza na górnej powiece ciężko coś kombinować. Więc jak tylko zorientowałam się, że ten balsam nie spływa, zaczęłam go aplikować na powiekę. I faktycznie tłusta warstwa pozostaje mimo całej lekkości jaką ma ten balsam, a jednocześnie nic nie spływa mi do oka. Skóra jest dobrze natłuszczona i nawilżona zwłaszcza kiedy balsam nałoży się na wilgotną skórę. Skórę zwilżam oczywiście wodą termalną Uriage. Gojenie przebiega dość szybko, można pokazać się ludziom, bo nie widać łuszczących się kawałków skóry. Jeżeli wiec przypadkiem taki balsam został by Wam po karmieniu można go zawsze wykorzystać w inny sposób.

Balsam możecie kupić TUTAJ
TOP