niedziela, sierpnia 30, 2015

Zakaz śmieciowego jedzenia w szkołach - czyli jak umywać ręcę od problemu



Rok szkolny zaczyna się we wtorek. Nasz rząd za to cieszy się jak głupi do sera (pewnie tego bardzo zdrowego), że może ze spokojnym sumieniem powiedzieć, że zrobił wszystko aby dzieci w szkołach zdrowo się odżywiały. Zakaz sprzedaży w sklepikach szkolnych "śmieciowego" jedzenia to niestety nie jest realne rozwiązanie problemu.

Wokół szkół wyrosną jak grzyby po deszczu sklepiki z nieodrową żywnością do których będzie sobie można wyskoczyć w czasie przerwy. Rodzicie dzieci, które były dobrze odżywiane nadal będą przygotowywać im zdrowe jedzenie, a cała reszta podrzuci kasę już bez wyrzutów sumienia. Wiadomo również, że szkoły znajdują się pustkowiach i po drodze do nich sklepu spożywczych nie ma.

Zamiast wprowadzać kolejne ustawy o niczym, warto by wprowadzić edukacje żywieniową do szkół. Na wyedukowanie większości rodziców obawiam się że jest już za późno, dzieci jeszcze można uratować. Ba edukację żywieniową powinno zacząć się od przedszkoli i w końcu przyjrzeć się ich jadłospisom.  Cóż mi z tego, że w przedszkolu serwują "chlebek razowy z szyneczką" na śniadanie kiedy na podwieczorek dziecko dostaje kromę pszennego chleba posmarowaną "nutellą".

Rozumiem, że Panie i Panowie posłanki naoglądali się rewolucji Jamie'go Oliver'a w telewizji - niestety tylko tej prywatnej. Może u nas zamiast opasłego rolnika, który szuka żony w "telewizji misyjnej" emitować program o tym jak zdrowo się odżywiać.

Skoro dało się wprowadzić zakaz reklamy papierosów, to może dałoby się wprowadzić zakaz reklamy śmieciowego żarcia? Albo chociaż nie pozwolić wmawiać potencjalnym nabywcom, że kubeczek jogurtu dla dzieci ociekający cukrem zastąpi tą przysłowiową szklankę mleka, czy zapotrzebowanie na wapń i witaminy? Czy to taki problem wymusić ustawą zakaz pierniczenia o tym, że cukierki z witaminami to nie "łakocie i witaminy", że sok dosładzany syropem glukozowo-fruktozowy to nie to samo co dzienna porcja warzyw czy owoców?

Ponoć dietetycy się cieszą z tej ustawy. Ciekawe, to zaiste. Z jednej strony Rząd ponoć robi ukłon w stronę dzieciaków nie tolerujących laktozy proponując sprzedaż napojów sojowych, ryżowych, owsianych itp... , a jednocześnie zabiera dzieciakom z zespołem jelita drażliwego białe pieczywo.

Niestety jak zwykle "rewolucja" zakończy się plajtą drobnych przedsiębiorców. Jedyny plus - właściciele sklepików nauczą czyta się etykiety na produktach - może?

24 komentarze:

  1. Hah, no i to jest właśnie najgorsze. Że w szkołach na biologii uczy się pierdół, a nie tego, jak zdrowo się odżywiać i dlaczego jest to takie istotne...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo szkoła zamiast uczyć życia uczy masy niepotrzebnych pierdół... o których zapomina się szybko. A życia dzieciaki uczą się same.

      Usuń
  2. A ja jestem z wykształcenia magistrem zdrowia publicznego i powiem, że to co wyczyniają ludzie to istny dramat. Nie zdażyły się jeszcze żadne moje zakupy w markecie , gdzie nie byłoby przykładu rodziców ktorzy sami serwują swoim dzieciom chemię zamiast jedzenia. Bardzo rzadko ludzie czytają składy produktów. A Ci którzy są lepiej sytuowani, myślą, że jeśli kupią droższy produkt to mogą być pewni i skłądu i jakości. Wolą kupować bananki niż owoce sezonowe, polskie a już wogole głupota kupowania słoiczków gotowców, jeśli mamy sezon na mnostwo owoców i warzyw w rozsądnych cenach. Włos się na głowie jeży. Mamusie są coraz bardziej wymuskanie a świadomość zdrowego żywienia poniżej jakichkolwiek oczekiwań. Ludzie obudźcie się wreszcie i zacznijcie myśleć, że to Wy jesteście odpowiedzialni za zdrowie swoich dzieci i rodzin a nie Państwo które i tak ma nas w poważaniu. I mitem jest to, że zdrowa żywność jest droga i dla bogaczy. A i czas się na gotowanie znajdzie jeśli odejdziemy od monitorów i tych wszystkich srejsbuków. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. zgadzam się z Panią w 100 %- ja z kolei jestem z wykształcenia spec. żywienia i gospodarstwa domowego- oraz szczęśliwą posiadaczką własnego ogródka warzywnego! Co nie zmienia faktu, że często muszę przemycać warzywa w posiłkach dla mojej córki :-)

      Usuń
  3. pewnie, nic nie wnoszą.. lepiej żeby sklepiki były dalej wyposażone w chipsy, batoniki i oranżady :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. już wprowadzono zakaz handlu dopalaczami ... wiele wniósł w życie, prawda?

      Usuń
  4. Nie jest to do końca prawda, że w programie nie ma o zdrowym odżywianiu. Mój syn w 4 klasie miał to w programie lekcji przyrody, a u córki Panie w przedszkolu też poruszały ten temat. Niestety jeżeli dobry przykład nie idzie od rodziców itp. to nawet edukacja w szkole nic nie pomoże.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szkoła szkole nierówna :( . W "moim" przedszkolu nic o zdrowym odżywianiu nie ma - panie były bardzo zdziwione, że moje dziecko powiedziało, że chleba z "nutellą" jeść nie będzie, bo to niedobre i niezdrowe.

      Usuń
    2. Poruszenie tego tematu na pewno zalezy od dobrej woli nauczyciela, jak sie nie chce nauczycielowi to dzieciaki o tym nie usłyszą... swoja droga na dalszych poziomach szkoly np. gimnazjum czy liceum nie ma o tym ani słowa, a to wtedy przeciez młodzież zaczyna dbac o cialo...

      Usuń
    3. Pani Asiu,poruszenie tego tematu nie zależy od dobrej woli nauczyciela lecz wynika z realizowanego programu. Moim zdaniem jesli dziecko nie wyniesie z domu dobrych nawyków to mowienie na ten temat w szkole na niewiele się zda.Oczywiście jestem zwolenniczką uświadamiania dzieci i młodzieży ale osobiście nie znsm Żadnego gimnazjalusty ktory podąża za radami nauczycieli;)DOM PRZEDE WSZYSTKIM

      Usuń
  5. No właśnie, zamknięcie sklepików nie zmieni świadomości .

    OdpowiedzUsuń
  6. A mnie ręce opadły po przeczytaniu jadłospisu w żłobku (!) u mojego Synka... Wspomniane wcześniej kanapki z nutellą na podwieczorek, napój owocowy, napój herbaciany, kanapki z serkiem almette. Poza tym, jeśli dziecko nie je mleka krowiego, to na śniadanie dostaje kaszki instant. Dodam tylko, że żłobek bierze udział w programie "1000 pierwszych dni dla zdrowia", związanym z programowaniem żywieniowym. Na zebraniu była mowa o własnym ogródku warzywnym, pieczonym mięsku zamiast wędliny sklepowej, świeżo wyciskanych sokach, zajęciach o zdrowym odżywianiu... Rzeczywistość jednak okazuje się inna.

    Czytając jadłospisy robiłam coraz większe oczy. A moje dziecko, odkąd chodzi do żłobka, niechętnie je w domu. Nie mówię, że jestem maniaczką zdrowego odżywiania, ale staram się bardziej świadomie i odpowiedzialnie odżywiać razem ze swoją rodziną.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja się nasłuchałam od koleżanek zachwytów o zdrowym menu w pobliskim przedszkolu państwowym "bo dają chipsy z jabłek". Ucieszyłam się, że nie trzeba płacić fortuny za prywatne, żeby dziecko zdrowo jadło. Zajrzałam na stronę przedszkola, przeczytałam menu i osłabłam. Wystarczy paczka chipsów jabłkowych i już nikt nie widzi "czekoladowych" kulek do mleka, serów topionych i innych pyszności w menu. masakra!

      Usuń
  7. Ja mam jednak nadzieję, że zmieni się dzięki temu jadłospis w przedszkolu u córki, bo podwieczorek, to zawsze sama chemia była.

    OdpowiedzUsuń
  8. z wielką radością zweryfikuję tę ZMIANĘ w naszym sklepiku :) O ile menu szkolnej stołówki mnie satysfakcjonuje to sklepik szkolny - przeraża :/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hehe, zmiana będzie taka że sklepik zniknie :)

      Usuń
  9. Właśnie się nad tym zastanowiłam, jak ominąć śmieciowe jedzenie ze sklepików i kurde, nie mam tego problemu. Mieszkam w Belgii - nie wiem, jak jest w szkołach dla starszych dzieci (powyżej 12 lat), ale te w wieku 2,5-11 nie mają w szkołach sklepików.
    Rodzice mają obowiązek (starsze dzieci już pewnie same) przygotować jedzenie dla dzieci zgodnie z wytycznymi ze szkoły. Wszystko w oddzielnych pudełkach. I tak w plecaku ląduje bidon (może w nim być mleko, woda, herbata) i trzy pojemniki: pierwszy z kanapką (cokolwiek dziecko lubi, ale nie wypłynie z kanapki w szkole - odpadają dżemy na przykład; nie może to być czekolada ani żaden słodki krem typu speculaas [ciastka imbirowe], masło orzechowe, etc.), drugi z owocami - tutaj jest dowolność, oraz trzeci z ciastkami (mogą być herbatniki, biszkopty, krakersy - w każdym razie nic z kremem czy czekoladą). Dzięki temu dzieci mają zróżnicowane posiłki - treściwa kanapka, zdrowy owoc i ciastko dla przyjemności, ale żadne nie będzie płakać, że tamten to ma chipsy, inny ciastko czy kanapkę z czekoladą.

    OdpowiedzUsuń
  10. W przedszkolu mojej córki pogadanki o zdrowym jedzeniu były :-) pod naciskiem rodziców wprowadzono na zajęciach przygotowywanie zdrowych sałatek, co bardzo pomogło nam w ich jedzeniu w domu :-)
    młodsze dostawały pokrojone warzywa, starsze próbowały kroic pod opieką pań , to co zrobili , dostawali na podwieczorek :-) ale słodkie podwieczorki też były ...

    W domu ostra propaganda zdrowego jedzenia, dużo rozmawiamy co jemy, skąd jedzenie bierze się na talerzu, dlaczego jest tak ważne, wspomagam się literaturą, nie mogę odżałować, że nie kupiłam polecanego przez Srokę Marchwiusza , wszędzie niedostępny ale są też inne ...
    Nie wiem jak będzie w szkole- na razie jestem w stanie zapanować nad drugim śniadaniem. Boję się, co będzie na stołówce, u nas dochodzą jeszcze nietolerancje pokarmowe.
    dziękuję za ten temat Sroko :-)

    OdpowiedzUsuń
  11. Moja córka w te wakacje musiała zostawać w przedszkolu do 15 i tym samym załapywała się na "podwieczorek". Kurnia nóż mi sie w kieszeni otwiera jak patrzyłam na jadłospis co oni tam jedzą. Moje wpajanie od dzieciństwa córce co jest zdrowe a co nie , bez mała szlag trafił. Ja ją odbieram z przedszkola a ona od progu "mamo były takie ciasteczka z syropem , no wiesz tym co jest nie dobry, ale zjadłam bo byly takie smaczne. Ale nie martw się to tylko tak od czasu do czasu," I ten teks słyszę co 2-3 dzień:(.
    Pocieszam się tym że w domu je zdrowo, sama staram się robić racuchy z dodatkiem mąki razowej, mało cukru trzcinowego, owoce z działki, chodź nie powiem że mimo że jest teraz sezon na nasze owoce banana tez jej kupie jak ma ochotę. Mirabelki zrywany z pobliskiego parku, położonego zdala od ulicy. Staram sie jak mogę, a co z tego wyjdzie ..... czas pokarze.

    OdpowiedzUsuń
  12. Edukacja domowa może wystarczy, tylko rodzice muszą się podszkolić.

    OdpowiedzUsuń
  13. Hmmm smutne to co czytam , bo nauczycielem jestem, nauczycielem biologii i ....... zawsze mi się wydawało, że nauczycielem z powołania no i sprawa wygląda tak: w programie , a właściwie w podstawie programowej tematy odnośnie zdrowego odżywiania, sportu jako elementu zdrowego trybu życia i wiele innych ważnych kwestii jak profilaktyka różnych chorób itp są . A skoro jest to każdy nauczyciel realizować powinien - czy realizuje? ........ większość nie bo nie ma na to czasu, bo dzieci nie uczy się teraz biologii, geografii, historii....... itp tylko : jak dobrze zdać egzaminy!!!!!!. Bo z tego właśnie jesteśmy rozliczani. I dla dyrekcji i dla rodziców liczą się wyniki. Gdyby wszyscy rodzice wiedzieli, że powinni rozliczać szkołę / nauczycieli z realizacji PODSTAWY PROGRAMOWEJ a nie materiału zawartego w podręczniku i patrzeć na to czego dziecko przydatnego w szkole może się dowiedzieć to może rzeczywistość była by inna...... A że rząd próbuje kolejny raz wprowadzać fikcyjne przepisy, które niczego nie zmieniają tylko są. ....... no cóż .......

    OdpowiedzUsuń
  14. Myślę, że to dobrze, że zabroniono sprzedawać takich produktów, ale swoją drogą to dziwne, że osoby, które piszą tę ustawę nie pomyśleli o tym, że nie trzeba kupować tego typu produktach w sklepikach, a można kupić w osiedlowym sklepiku :)

    OdpowiedzUsuń
  15. Większość dzieciaków pobiegnie do sklepików za szkołę i oby w pobliżu ulicy nie było. A czy ktoś w tej ustawie brał pod uwagę ile razy takie warzywka i owoce zostały potraktowane chemią (jabłko może mięć nawet do 20 oprysków), Marchewka jako warzywko korzeniowe wszystko kumuluje, a czy jesteśmy pewni że śliweczka opryskana na drzewie przeszła karencje? Nie wszyscy możemy mięć swoje warzywa i owoce. Ile razy owoce i warzywa są badane?

    OdpowiedzUsuń
  16. A ja od kilku miesięcy mieszkam w małym miasteczku/podhalańskiej wsi ( wyprowadziłam się z 700tys.miasta). Jestem jedyną osobą w promieniu kilku kilometrów która bierze mleko od jednego sąsiada, jajka od drugiego, sama robi ser, piecze chleb itd. Słuchajcie na wsiach jest dużo dużo gorzej niż w mieście (przynajmniej dużym). To czym karmią tu dzieci to koszmar, mamy dają do szkoły "mleczne kanapki", dzieci paczkę czekoladek zjadają na raz, pepsi jest w każdym okolicznym domu a moje dziecko płacze że tylko ona i panie mają zdrowe jedzenie w szkole i że to niesprawiedliwe.
    W mieście moje koleżanki dają dzieciom owsiankę na śniadanie, na wsi czekoladowe kulki. Wiecie ile tu jest sklepów gdzie NIE MA nigdy wody niegazowanej?
    Rodziców trzeba edukować - zamiast durnych seriali typu szkoła, szpital czy trudne sprawy zrobić jakiś "KLAN" o zdrowym jedzeniu.
    Tu świdomość żywienia wśród rodziców jest żadna, tu jest ważne TANIE i szybkie czyt. przetworzone.

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za komentarz
Jeżeli podajesz skład kosmetyku podaj jego nazwę i producenta
Analizuję TYLKO kosmetyki dla kobiet w ciąży i dzieci
Zanim zadasz pytanie sprawdź czy ktoś już o to nie pytał, używaj również wyszukiwarki blogowej.

TOP