wtorek, listopada 29, 2011

Dawno dawno temu, a może całkiem nie dawno....


Cztery miesiące temu o tej porze byłam jeszcze trochę w ciąży :). No w zasadzie starłam się uwolnić na świat Małego Rycerza, co nie szło mi za specjalnie.

A było to tak, że dzień po terminie zadzwoniłam sobie do mojego lekarza, co robimy. Kazał się odwiedzić na dyżurze co by mnie można pod KTG podłączyć i zobaczyć co tam Młody kombinuje. Cały dzień mnie coś pobolewało, tym czymś był głównie krzyż i pachwiny.

Po wieczornym seansie Eureki poszliśmy sobie spać - brzuch, ja, Dumny Ojciec no i kocica. Błogo mi się spało do pierwszej w nocy, po tym czasie jakby zaczął mnie pobolewać brzuch i co tu kryć zaczęłam się zastanawiać co ja zjadłam, a zastanawiać się było nad czym :).
Poszłam sobie do kibelka i jakby coś było nie tak, ale... Poczekałam jeszcze trochę nawet głowę jeszcze do poduszki przyłożyłam, gdy po pół godzinie zaczęły mi przywalać skurcze.

W radosnym nastroju wyskoczyłam sobie z łóżka, pomyślałam tylko, kurcze nareszcie, to już to!
Wykąpana, sprawdziłam czy wszystko mam i poszłam budzić Dumnego Ojca. Chłop się zerwał, kocica się zerwała i zaczęło się szaleństwo, ja chciałam zostać Dumny Ojciec chciał jechać Ja marudziłam, że te skurcze to dopiero co jakieś dziesięć minut, chłop cisnął, że warto jechać, że lekarz kazał. Udało mi się pomarudzić do drugiej trzydzieści.

Około trzeciej zajechaliśmy z fasonem pod izbę przyjęć. Gdzie rozczarowałam sanitariuszy z wózkiem oraz podchmieloną kobietę z podbitym okiem szukająca ognia, gdy wytoczyłam się sama i nie wyjąca z samochodu.

Z Izby pokierowali mnie na porodówkę, a raczej Izbę Przyjęć porodówki. Dzwonkiem obudziłam położną - kobietę z połową fryzury. Kobieta z połową fryzury stwierdziła, że dobrze, że jesteśmy, choć chyba za wcześnie, ale podczas wypełniania tony papierków pt. co robię, gdzie pracuję, jakie mam wykształcenie itp...itd..skurcze się radośnie rozkręcały. Wniosek: papierki to gra wstępna do porodu. Potem mierzenie itp...

Podłączona pod KTG (zapinane na supły - zresztą) miała leżeć sobie 20 minut. Niestety papier się skończył i zaczęłam piszczeć. Położna stwierdziła, że te moje skurcze to nie są skurcze, że mnie wcale nie boli bo ma boleć bardziej, że w zasadzie to nie wiadomo po co przyjechaliśmy jednak. No to ja za bety i wracać będę, leżakowanie na patologi ciąży to nie dla mnie. Niestety zostałam zastopowana i skierowana na salę porodową.

Z masą pakunków wtaczamy się do windy i suniemy na drugie piętro. Dumny Ojciec przygląda mi się podejrzanie, ja podekscytowana, w końcu syna zobaczę na żywo nie przez maszynkę. "Wita" nas położna z pytaniem czy poród rodzinny, o potwierdzeniu lądujemy w pojedynczej sali z nocną lampką jest trochę po trzeciej. Znowu badanie niestety tylko jedne palec rozwarcia, no to czekamy, humory dopisują, podśpiewujemy się jeszcze, że skoro lekarz kazał przyjechać rano no to jesteśmy. Położna proponuje, że może się prześpimy, a w zasadzie ja, a Dumny Ojciec może pojechać do domu i wrócić koło siódmej. Chłop nie chce nigdzie jechać, ponoć nie da rady usnąć no i boi się, że jak tylko zamkną się za nim drzwi to ja podstępnie urodzę.

I to tyle z wesołych nowin, potem niestety nie było już tak różowo. Zaliczyłam trzy położne, pierwszą widziałam raptem dwa razy. Druga całkiem miłą przyprawiła nas o drżenie serca kiedy wpadła do nas na salę, bez butów z rozwichrzonymi włosami całą zapłakana i powiedziała "przepraszam, za swój stan, ale na szczęście dziecko uratowaliśmy". Trzecia konkretna i jedyna w sumie osoba, która porozmawiała szczerze z moją mamą i dzięki czemu w końcu była cesarka i mały cały i zdrowy na świecie.

Z innych statystyk obejrzało mnie chyba z pięciu lekarzy w tym sam ho ho ho ordynator, który zresztą przebijał mi pęcherz płodowy - ale zaszczyt mnie kopnął. Brak informacji na jakikolwiek temat w tym co znaczą zielone wody doprowadzał mnie do szału. Przy każdym "skoku" rozwarcia rzygałam dalej niż widziałam, pod koniec byłam tak zmęczona, że wyłam na sile skurczy, które na początku w zasadzie mnie tylko łaskotały. Ja coraz bardziej czułam, że coś jest nie tak, w końcu nie wytrzymałam i zaczęłam błagać o cesarkę. Mąż tylko się upewnił, że na pewno i really i really i poszedł rozmawiać z lekarzem.
Lekarz buc co tu mówić, zaczął mi udowadniać, żem głupia i idiotka, że to poważna operacja itp... itd... Dałam radę tylko przez zaciśnięte zęby powiedzieć, że wolę być idiotką ze zdrowym dzieckiem już teraz, niż za kolejnych dwanaście godzin.

No nie ważne, kiedy w końcu zapadła decyzja o cesarce odetchnęłam. Rozebrana do naga, ułożona na łóżku, zostałam wywieziona na salę. Tam znowuż miałam usiąść i się nachylić. Sympatyczny anestezjolog poinformował mnie, że oblezą mnie mrówki, niestety nie wie jaki czy czarne czy czerwone. Niby nie byłam zdenerwowana, a telepałam się jak osika. Położyli mnie na stół i się zaczęło. Szczegółów oszczędzę, gdyż co tu mówić wszytko widziałam w lampie. Jak już mały był na powierzchni zaczęło mnie kłóć niemiłosiernie serce. I od tego momentu towarzyszyła mi tylko jedna myśl, żeby tylko zobaczyć Małego. Chyba musiałam coś nie specjalnie wyglądać, bo anestezjolog zapytał czy coś jest nie tak, powiedziałam o sercu coś mi podali, a ja cały czas myślała o tm, żeby tylko zobaczyć Małego. No i przynieśli różowe zawiniątko, z masą czarnych włosów, które darło się wniebogłosy. Nie miałam nawet jak go dotknąć, na jednej ręce kroplówka, druga przykryta szmatą, dali mi go pocałować. Powiedziałam tylko "Cześć Michalcu, brzydalku mój" i go zabrali. Wtedy pomyślałam, że mogę już umierać i serce przestało mnie kłóć.

I tak oto Mały Rycerz wylądował na tym świecie.


Teraz zaś to Mały Spaceman


Fajnie, że jest z nami.....


8 komentarzy:

  1. przepiękny Michaś! ja trafiłam na porodówkę z 5cioma centymetrami: skurcze zaczely sie o 14:30, a w szpitalu bylam o 18:00... urodzilam o 3:26.. najważnijsze, że wszystko dobrze się ułożyło :-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Po raz kolejny utwierdzam się w przekonaniu że poród bez bólu należy się każdej :)

    OdpowiedzUsuń
  3. no i się uryczałam... też przerabiałam myśli o umieraniu ale 6 godzin po porodzie. Jedyne co miałam w głowie to, że dziecko jest za daleko, żeby jej dosięgnąć a hazbend już nie zdąży dojechać. Ale nie ma tego złego, Ty żyjesz, ja też, dzieciory również i niech tak zostanie :)

    OdpowiedzUsuń
  4. ehhh łezki same płyną po policzkach :) a przy okazji wspomnienia wracają :) my tez ok 3" się wybraliśmy na izbę o 4" porodówka no a 16:05 to nasza godzina szczęścia :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Ile musimy się nacierpieć żeby takie słodkości wydać na świat to tylko my wiemy... Jak ten czas leci, to jest niesamowite...

    OdpowiedzUsuń
  6. Cudnie to opisałaś, wspaniały synek - gratulacje - no mnie na dniach takie atrakcje czekają, bo mały bardzo chce wyjść :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Twój opis poródu to jakby o sowoim pierwszym czytała, dobrze że z rycerzem wszystko ok, mój starszy syn urodził się z 2 punktami :(

    OdpowiedzUsuń
  8. ach! dobrze, że to już wspomnienie i Maluch jest z Wami! a rośnie cudownie!

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za komentarz
Jeżeli podajesz skład kosmetyku podaj jego nazwę i producenta
Analizuję TYLKO kosmetyki dla kobiet w ciąży i dzieci
Zanim zadasz pytanie sprawdź czy ktoś już o to nie pytał, używaj również wyszukiwarki blogowej.

TOP